Slow life in Neapol

Wielce wyczekiwane wakacje wreszcie popełnione! Glam Girl cierpliwie czekała prawie rok… The Little Bro troszkę musiał podrosnąć, by wsiąść na pokład samolotu. Gdy ten dzień nadszedł, entuzjazm był ogromny! W dwie godziny przenieśliśmy się z zimnej Warszawy, do słonecznego Neapolu.

e-

Wyjazd trwał pięć pięknych, owocnych, bogatych w zapachy, smaki i doznania dni! Ach!

Italia. Neapol. Słońce. Morze. Kawa. Pizza. Pasta. Dzieci – wszystko czego nam było trzeba do zrelaksowania się. Postanowiliśmy  pierwszy wyjazd małego H. odbyć w duchu popularnego dziś trendu slow life 😛 Czyli zacieśniając rodzinne więzi, bez ciśnienia i parcia na zwiedzenia wszystkiego, co każe przewodnik. Niby zawsze wypośrodkowujemy ilość atrakcji, by nikogo nie „wykończyć”, ale tym razem tempo zwolniliśmy jeszcze bardziej. Jaki był tego efekt?

e-145902

Zderzenie bardzo prędkiego, temperamentnego i głośnego miasta jakim jest Neapol z naszymi chilloutowymi planami było bardzo ciekawe. Codziennie mijało nas mnóstwo spiesznych Włochów, gnających skuterów i trąbiących aut. Coś takiego jak przepisy ruchu drogowego wyglądały na bardzo umowne i ustanowione raczej jako punkt odniesienia niż coś do sztywnego przestrzegania. Jak na jednym pasie ruchu równolegle zmieściły się trzy pojazdy, to nikt nie był ani zdziwiony ani zły. Gorzej było nam przechodzić przez jezdnie – początkowe wyczekiwanie momentu, że ktoś się zatrzyma i cię przepuści szybko się nam znudziło… O przedostanie się z jednego chodnika na drugi trzeba było krwawo walczyć twardo wchodząc (a niekiedy wbiegając) na jezdnie pomiędzy pojazdy. Czasem ktoś zwolnił… Z podziwem i lekkim przerażeniem patrzyliśmy na dziadków o lasce, którzy nic a nic nie robili sobie w zatłoczonych jezdni i dziarsko wkraczali nie bacząc na kogokolwiek. Jeśli ktoś w Polsce Warszawiaków uważa za wariatów za kółkiem, niech w Neapolu nie siada za kierownicę 😛

W takim żwawym tempie uprawialiśmy nasz slow life. Zakwaterowaliśmy się w uroczym i skromnym B&B Napolinn w centrum miasta. Wszędzie mieliśmy blisko i jako preferujący turystykę pieszą, nie musieliśmy korzystać z komunikacji miejskiej ani taksówek. Jedynie z lotniska, które też jest zaledwie kilka kilometrów od miasta, kazaliśmy się zawieźć do hotelu. Szybka toaleta, karmienie małego H.i w miasto na obiad! Za poleceniem właścicielki lokalu, trafiliśmy do fantastycznej bezglutenowej i bezlaktozowej włoskiej restauracji: ZERO ZERO GRANO . Pierwszy raz nie musieliśmy się obawiać czy kelner nie pomylił zamówień, czy do obiadu nie dostały się śladowe ilości glutenu, czy to będzie dobrze smakować, bo WSZYSTKO bez wyjątków było z włoskich, certyfikowanych produktów bezglutenowych. Jakość dań była nieporównywanie lepsza niż w najlepszych knajpach w Polsce. Zamówiliśmy trzy różne pasty i nawet sceptyczna Glam Girl „wylizała talerz”, mówiąc, że chce tam jeszcze wrócić. Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy na spacer po słynnej via Toledo (którą mijaliśmy prawie codziennie). Przechadzaliśmy się w słońcu, ulicznym gwarze, z beztroskim uśmiechem na twarzach. Mały H.grzecznie leżał w wózku – nawet dla niego atrakcją było samo rozglądanie się na boki. Nie mieliśmy celu innego niż delektować się włoskim klimatem starych kamienic, wąskich poprzecznych uliczek, witryn sklepowych, artystów malarzy, muzyków, aktorów eksponujących swoje talenty. Glam girl bardzo zachwycała się ulicznymi performersami, od jednego z nich zrodził się nowy pomysł na życie: śpiewanie i granie na ulicy 🙂 Szczególnie zachwyciła nas szklana konstrukcja zabytkowej Galleria Umberto I, która swoim stylem od razu skojarzyła nam się z Mediolanem.

e-134132

e-154303

Jako, że dzień przyjazdu zawsze jest krótszy i bardziej wyczerpujący, ograniczyliśmy się tylko do spaceru po via Toledo oraz okolicy hotelowej. Nie zabrakło czasu na prawdziwie włoskie lody i kawę. Z tym drugim trudniej było o kubek na wynos… We Włoszech kultura picia kawy zaczyna się i kończy w kawiarniach. Poza McDonaldem, ciężko o sieciowe brandy jak Starbucks czy Costa Coffee. Jak chcesz sobie doładować akumulator filiżanką kofeiny, musisz się zatrzymać i w spokoju wypić wśród tłumu innych współbiesiadników. To czarująca sprzeczność energii tego miasta – niby wszyscy biegną, krzyczą, gestykulują, a jednak mają zawsze czas na łyk kawy i siestę (czyli przerwę poobiednią). Poddawaliśmy się tej kulturze bez problemu. BTW: w Neapolu króluje kawa Kimbo. Warto ją przywieźć do domu, by delektować się wspomnieniem wakacji nieco dłużej. Glutenożercom do kawy polecamy słynne lokalne, słodkie wypieki z sera riccotta. Na każdym rogu można kupić pachnące bułeczki gęsto napełnione serowym nadzieniem.

e-160816

Na zakończenie dnia dostosowaliśmy się do marzeń Glam Girl i zanurkowaliśmy do sklepu, w którym dzieci czują się jak w mini Disneylandzie czyli do Disney Store. Pech chce, że umiejscowili go blisko naszego hotelu na wspominanej via Toledo. Jako, że wielokrotnie na wyjazdach zagranicznych trafialiśmy do tego sklepu, Glam Girl zaczęła traktować go jako obowiązkowy punkt programu. My też lubimy ten klimat 🙂

e-8630

Drugiego dnia obudziliśmy się trochę zaniepokojeni stanem zdrowia The Little Bro… Wieczorem dnia poprzedniego pojawił się lekki katar, a rano doszedł kaszel. „Idealny zestaw” jak na 7miesięczne niemowlę za granicą i to na samym początku wyjazdu… Zgodnie z zasadą, że dzieci zawsze chorują przed lub na wyjeździe, wzięliśmy głęboki wdech i z nadzieją, że to nic poważnego, monitorując samopoczucie młodziana, ruszyliśmy do portu, gdzie czekał zarezerwowany dla nas samochód. Ten przepiękny, gorący dzień poświęciliśmy na a la road trip po wybrzeżu oddalając się na południe od Neapolu. Uwielbiamy jeździć autem za granicą! Gorzej znoszą to dzieciaki… choć i tak były super dzielne! Podziwialiśmy cudowne widoki morza i włoskiej roślinności, stromych i wąskich zboczy, przejeżdżaliśmy przez małe, nastrojowe mieścinki, które aż prosiły się, by się z nich zatracić na jakąś romantyczną podróż… Z dziećmi trzeba było wybrać taką, która zawierała łagodne zejście do plaży oraz plac zabaw. Udało się nam połączyć te dwa czynniki i spędziliśmy bajeczny czas w Majoli. Glam Girl skakała jak kózka po skałkach, piasku i łapała fale. Udało się też zrobić mini sesję zdjęciową – KLIK :). Zapach włoskiego wiatru znam na pamięć od lat… delektowałam się nim bez końca…

e-8595

e-123921

e-130656-2

e-130157

Wieczór zastał nas szybciej niż się spodziewaliśmy. Kolacje zjedliśmy w…McDonaldzie. Cliche? Nie całkiem. We Włoszech Glam Girl pierwszy raz w życiu miała przyjemność zamówić zestaw Happy Meal z bezglutenowym burgerem – PYSZNYM! Jak dla mnie, dużo smaczniejszym od regularnego. Jako, że my z Macu nie jadamy na co dzień, to była miła przygoda.

e-191937

Dziś nie było aż tak slow, ale było cudnie! Na pewno mamy gdzie wracać, bo wszystkie nadmorskie miasteczka zasługują na uwagę.

file-5ff

Trzeci dzień miał wyglądał inaczej, niż planowaliśmy pierwotnie. Z racji, że stan zdrowia się H.się pogorszył, zdecydowaliśmy, że zatrzymamy go w pokoju, dzieląc obowiązki na dwoje dzieci: pół dnia The Father z Glam Girl w mieście, pół ja. Początkowo było nam trochę przykro, że tak musimy zrobić, ale woleliśmy go oszczędzić jednego dnia, by zebrał siły na kolejne dwa oraz na lot do domu. Tatuś z córeczką ruszyli nad morze… Szli via Toledo, minęli monumentalny Piazza del Plebiscito, aż zeszli do portu i nad morze. Piasek był ziemisty i ciemny, przez co nie udało się bawić jak na kamieniach w Majoli, ale też było miło. Morze to morze. Wracając, odkryli via Chiaia, ciekawą uliczkę zbliżoną do deptaka, która tętniła życiem, mimo iż była ukryta za gąszczem drzew.  Spacerowali z lodami w ręku aż zatęsknili za nami 🙂 W hotelu zrobiliśmy sobie rodzinny obiad i nastąpiła zamiana na dzieci – teraz my z Glam Girl ruszyłyśmy w miasto. Podążałyśmy tą samą trasą, rozglądając się nieco bardziej na boki i witryny sklepowe. Zamiast do morza, zanurkowałyśmy w wegańskim Lush’u, w którym córka uczestniczyła w mini warsztacie produkowania naturalnych kosmetyków. Była zachwycona możliwością degustowania niektórych produktów, z których robi się np.peeling do ust. Wszystko pachniało intensywnie i smakowicie. Taplanie się w różnych maziach, glutach i innych piankach było świetną zabawą dla nas obu. Slow life it is!

e-8548

e-144652

e-144913

file-6g

e-154039

Czwarty dzień był znacznie bardziej aktywny. Ruszyliśmy na podbój tarasu widokowego mieszczącego się na szczycie góry w dzielnicy Vomero. Dostaliśmy się tam po części metrem, po części kolejką i po części spacerem. Metro wybraliśmy ze względów krajoznawczych – polecano je jako warte obejrzenia ze względu na ciekawą architekturę i kolorowy wygląd. Rzeczywiście było niezwykłe. Największe wrażenie zrobiła stacja Toledo – imitowała głębię oceanu. Przejechaliśmy dwie stacje, by dotrzeć do kolejki (podobnej jak na Gubałówkę). Na szczyt góry wjechaliśmy w kilkanaście minut. Dzielnica Vomero była spokojna i pozornie bardziej wyludniona. Wszyscy włosi pochowali się w restauracjach – staliśmy w jednej takiej w kolejce do stolika. Po 15minutach uznaliśmy, że znacznie lepiej pizza będzie nam smakowała na ławce.  W Pizzeria Ristorante Gorizia 1916 zamówiliśmy pizze na wynos i zjedliśmy na Piazza Vanvitelli. Wspaniałe włoskie doznanie. Najlepsza bezglutenowa pizza jaką jedliśmy w życiu. Ba! Jedna z najlepszych w ogóle. Po posileniu się ruszyliśmy na podbój via Largo S. Martino, z której rozpościerała się malownicza panorama całego Neapolu w Wezuwiuszem na czele. Widok zachwycił wszystkich. Nawet mały H.się ekscytował. Po zjedzeniu przez niego mleka z widokiem na wulkan i morze, zaczęliśmy schodzić via Pedamentima S.Martino – schody przypominające szlak górski. Ze spacerowym wózkiem był to sport ekstremalny 🙂 Mimo zmęczonych łydek, dzień był bardzo udany. Nie całkiem slow… Ale bardzo relaksujący.

file-6c

e-143928

 

Piąty – ostatni dzień… Jest trochę jak niedzielne popołudnie w weekend… Niby wolne a już się myśli o poniedziałku, już nastrój opada, już wkrada się stres i napięcie… Oczywiście za wyjeździe jest trochę łatwiej, bo pozytywnie działa na nas mnóstwo czynników zewnętrznych takich jak piękne widoki, egzotyczni ludzie, inna kuchnia. Cały czas jesteśmy w „bańce” ochronnej. Nie daliśmy się marazmowi i wykorzystaliśmy ten czas maksymalnie. Jako, że tego dnia obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Poczty, wysłaliśmy kilka kartek do Polski. Potem przespacerowaliśmy się w drugą stronę od naszego hotelu. Bez mapy, bez celu. Po prostu skręciliśmy w prawo… Glam Girl wypatrzyła małą uliczkę schodzącą w dół. Ruszyliśmy nią i zaczęła się krótka zabawa pt.: ”ciekawe gdzie wyjdziemy”. Nasza Przewodniczka miała wielką satysfakcję, że może wybierać drogę. Father The Dog – w niektórych kręgach zwany też GPSem, nie potrzebował żadnej mapy i mimo, iż wędrowaliśmy tamtędy pierwszy raz, potrafił oszacować, gdzie wyjdziemy. Nie było pudła 🙂 Spacer był długi, a brak potrzeby orientowania mapy, bardzo nas odprężył. Rozmawialiśmy sobie swobodnie o tym, co nam się podoba, porównywaliśmy z innymi miastami i doświadczeniami. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że Neapol ma coś z Marsylii, Mediolanu i LaSpezi, a czarujące wybrzeże przypomina nam Lazurowe Wybrzeże i Ligurię. Nic odkrywczego 🙂 Wszędzie jest pięknie!

e-8541

file-5b

file1-2a

e-142629

e-8543

e-105206

„Zobaczyć Neapol i umrzeć”, umierać jeszcze nie planujemy, powrócić zaś chcemy.  Tymczasem żegnamy namiastkę Neapolu radosnym „CIAO!”.

Ps.gdzie teraz mamy lecieć?:) Podpowiecie coś?:)

e-092415 ?:)

3 myśli w temacie “Slow life in Neapol

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s